Nic dwa razy się nie zdarza, i dlatego z tej przyczyny…

Paweł Dudziak | 16 lutego 2012

W „Cafe Museum” Robert Makłowicz zabawnie (i z mądrością) definiuje terroir:

Dalmatyńcy największą estymą darzą te produkty, które sami wytworzyć mogą w domu, zatem określenie, że coś jest „domaće” stanowi najwyższą jakościową normę. […] Wino,cóż, może rzeczywiście nieco zbyt octowe w smaku, „lecz to dlatego, że piwnica latem nie trzyma chłodu, powinniśmy zrobić grubsze mury, ale w zasadzie nie ma po co, i tak do następnych zbiorów wypijemy wszystko, co zrobiliśmy, to tylko tak, na nasze domowe potrzeby, więc nawet nie konserwujemy go dwutlenkiem siarki”.

Więc jesz te genialne pomidory, słodką cebulę i cudowne anchois, w ustach eksploduje ci smak oliwy i nawet wino, zwłaszcza gdyby zrobią ci „gemist”, czyli doleją doń miejscowej gazowanej jamnicy, która z przyrodzenia jest słonawa, więc i tak smak wina zmienia – więc nawet wino zaczyna ci smakować, choć przywiezione do Polski w plastiku zda ci się największym kwasiżurem i po pierwszym łyku wylejesz je natychmiast do zlewu. Cóż, tak właśnie działa magiczna zasada terroir, że najlepiej w danym miejscu smakują rzeczy zrodzone przez ziemię, po której właśnie stąpamy.

Dostałem ją chwilę po zbiorze, kilka miesięcy temu, ale odłożyłem „na potem”, a może „na specjalną okazję” – już nie pamiętam:). I dopiero książka Makłowicza mi o srebrnej paczce z Cejlonu przypomniała…

Przypomniała mi też o miejscu, z którego paczka została wysłana – pięknej, starej, należącej do Dilmah plantacji Craighead, na ktorą dotarłem któregoś tam marca 2005 roku.

Piłem tam oczywiście herbatę – poprzedniego dnia zebraną, w nocy przetworzoną, a rano zaparzoną. Nie wiem dokładnie, czy to napar miał tak intensywny zapach świeżo ściętej trawy, czy taki aromat po prostu unosił się w powietrzu. W każdym razie miała ekstatyczny smak. Okłamałby Was twierdząc, że herbata z mojej o 6 lat późniejszej paczki smakuje tak, jak tamta. Nie potrafię tego powiedzieć, ale zgaduję, że nie, bo jak wiadomo nic dwa razy się nie zdarza, co swoją drogą jest jeszcze jedną znakomitą definicją terroir :) Inne ręce, inna pora roku, inna pogoda…

Ale już chyba wiem, po czym rozpoznaje się wybitną herbatę. Jeśli przetrwa próbę czasu, zmianę towarzystwa, miejscowego klimatu i odległości zachowując jednocześnie wszystkie te utracone okoliczności w sobie; jeśli pijąc ją poczujecie, że Tam wracacie razem z nią, że działa jak proustowska magdalenka, to zapewniam Was – macie przed sobą, tak jak ja w tej chwili, prawdziwy skarb:

Matka widząc, że mi jest zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. (…) Owładnęła mną rozkoszna słodycz (…). Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski błahe, krótkość złudna (…). Cofam się myślą do chwili, w której wypiłem pierwszą łyżeczkę herbaty (…). I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii. [Marcel Proust, W stronę Swanna]

Share

Dodaj komentarz