Przedświąteczna przypowieść
Chętnie tam wracam – do Mongolii, w której przecież nigdy nie byłem, i do książki, którą czytam zdecydowanie zbyt wolno, żeby ją wreszcie skończyć. Mam nadzieję, że ta ładna, choć trochę smutna przypowieść o herbacie wprawi Was w refleksyjny, świąteczny nastrój.
Zatrzymałem się na cztery dni w dolinie, żeby rozejrzeć się za wypoczętymi końmi i znaleźć przewodnika na kolejny etap podróży. Moimi najbliższymi sąsiadami była mieszkająca w oddalonej o ćwierć mili jurcie biedna rodzina z czwórką dzieci. […]
Pewnego wieczora, kiedy wygodnie usadowiłem się w ich namiocie z obiadową czarką sfermentowanego kobylego mleka, rozmowa zeszła na temat dziwnych obyczajów panujących w stolicy, Ułan Bator, jedynym mongolskim mieście, w którym ludzie wiodą podejrzane życie w domach i zarabiają pensje. Mój gospodarz spotkał ostatnio człowieka, który kiedyś tam był. Wiele szczegółów dotyczących stolicy było niezwykłych – ulice, samochody, budynki… Ale tym, co najbardziej zapadło mu w pamięć, był stragan rozstawiony na centralnym placu oraz mężczyzna sprzedający w nim herbatę w filiżankach.
Cisza zapadła pomiędzy moimi mongolskimi towarzyszami. Nigdy dotąd nie słyszeli o czymś takim. Herbata to gambit tutejszej gościnności – rytuału niesłychanie ważnego dla kultury nomadów. To pierwsza rzecz, jaką proponuje się odwiedzającemu jurtę gościowi – wszystko jedno staremu przyjacielowi, czy obcemu przybyszowi. Wszyscy kiwali z politowaniem głowami myśląc o barbarzyńskim świecie, w którym człowiek wpadł na pomysł sprzedawania herbaty drugiemu człowiekowi. „Tak się rzeczy mają w miastach” – mruczeli sami do siebie.
Ja też starałem się robić wrażenie zażenowanego. Stchórzyłem. Nie potrafiłem im powiedzieć, że sprzedaż herbaty w moim cywilizowanym świecie jest na porządku dziennym. Nie byłem zresztą pewien, czy jestem w stanie znaleźć na to jakiekolwiek rozsądne wytłumaczenie.
Stanley Steward, The Scent of Love
[w: A moveable feast. Life-changing food adventures around the world]
Jeśli też chcielibyście zmontować takie herbaciane życzenia – zajrzyjcie tutaj.










„Kamienie trzeba kochać, żeby móc je ranić jak najmniej. Trzeba wiedzieć, gdzie przebiega ta granica, w którą należy nieraz sto, tysiąc razy lekko uderzyć, żeby nagle, jak olbrzymie wrota, kamień się otworzył” (K. Grochola, Podanie o miłość)
Pomyślałam sobie, że podobnie jest z herbatą. I dzięki temu blogowi, dzięki Twoim, Pawle, postom, wiedzy i zachętom, ciekawostkom, refleksjom i konkursom:), napój, który kochamy możemy właśnie ranić jak najmniej.
Dzięki temu znów, ona może nam oddawać swoje skarby, otwierać się a my, przekazywać tę świadomość, to uczucie dalej.
„Biurokratyzm”, zdyscyplinowanie wokół herbaty ma sens. Potem jest radość, artyzm, przeżywanie – symfonia smaków i zapachów, skojarzeń, wyobraźni, wspomnień czy po prostu spokoju – maleńkie wszechświaty zatrzymane w czasie z milionami swoich odkrywców… te wszystkie „nieodbyte podróże” z cytatu Catherine Douzel, „pocałunki”… to jest cała magia, cała ukryta historia i tajemność herbaty, drugie życie, jakby swoiste „podziemie”. Subiektywne, pojedyncze i nasze wspólne zarazem, odsłonięte, innym razem całkiem intymne. Głębia umiejscowiona gdzieś poza dnem filiżanki…
Mam nadzieję, że opowieść, jaką jest ten blog, nie przestanie nas zachwycać i inspirować a czasem… przywracać do pionu ;) Chociaż o to pierwsze jestem nieziemsko spokojna. :)
I jeszcze ze swojej strony, ślicznie dziękuję za życzenia. A ponieważ są one tak ładne i ciepłe, będzie mi niezwykle przyjemnie powiedzieć – z wzajemnością. :)
Moim gościom w tym roku, jeśli nie jedzenia, to na pewno herbaty nie powinno zabraknąć i już się nie mogę doczekać min zaskoczenia, że herbaciane „menu” się uaktualniło ;)
Pozdrawiam wszystkich Czytelników, Klubowiczów. Niech Wam niczego ważnego nie zabraknie w ten wyjątkowy czas. Ani poza nim. Wesołych Świąt! :)
och.. zapachniało już dzięki Tobie wigilijnym stołem i pierwszy raz dziś ciepło mi się zrobiło :) dzięki za wszystko M