Gość bloga – Marcin Grabarczyk „Made in Zanzibar”
Marcin jest gościem wyjątkowym, bo jednocześnie wirtualnym i realnym :). Dziś możecie go poczytać i obejrzeć na blogu, a już w najbliższy piątek, w warszawskim t-barze posłuchać na żywo. Zapraszam na ostatnie w tym roku spotkanie „Przy herbacie” – tym razem w pikantnym, afrykańskim stylu…
Lot z Dar Es Salaam (miasta położonego na wybrzeżu Tanzanii) na Zanzibar ma trwać zaledwie pół godziny. To już ostatnie trzydzieści minut wyczekiwania na rajską wyspę. Lecimy na tyle nisko, by z łatwością wypatrzyć w dole na tafli oceanu maleńkie wysepki i promy pokonujące ten sam dystans w nawet 3 godziny. Przez cały czas zerkam też na rafę koralową i rybaków w drewnianych, tradycyjnych łodziach dhow z białymi żaglami.
Dzięki temu, że w samolocie jest zaledwie kilka osób, po wylądowaniu szybko staję w otwartych drzwiach i po raz pierwszy otacza mnie gorące afrykańskie powietrze pachnące egzotyką i zapowiadające przygodę:). Procedura wizowa na tym wyglądającym na prowizoryczne lotnisku trwa krótko. Wizę turystyczną na nie więcej niż trzy miesiące otrzymuje się od ręki po wpłacie 50$.
Przed małym budynkiem czeka tłum oferujących noclegi i transport. Musimy dotrzeć do hostelu, przed nami pojawia się oczywiście natychmiast taksówkarz proponujący podwiezienie. Pamiętając, żeby ustalić cenę z góry, ruszamy w drogę. I natychmiast zauważam, że coś jest nie tak. Ruch lewostronny. Nie spodziewałem się tego! Najważniejsze jednak, że kierowca jeździ tak od lat:).
Chłonę wzrokiem wszystko i wszystkich wokół. Krajobraz afrykańskiej wyspy z wioskami i bardzo skromnymi domami przy drodze, zielenią i wysokimi kokosowymi palmami jest niepowtarzalny.
Zabudowania w jedynym na Zanzibarze mieście to stare, kolonialne domy. Nasz taksówkarz zatrzymuje się przed jednym z takich domów, jednak opuszczonym i z oknami zabitymi deskami i sugeruje, że jesteśmy na miejscu. Spoglądamy na siebie z przyjaciółką z niedowierzaniem… Spodziewałem się niespodzianek w czasie tej podróży, ale nie aż tak szybko! Zanim zdecydowaliśmy co robić dalej, okazało się na szczęście, że nie jesteśmy na odpowiedniej ulicy, a nasz hostel jest za rogiem.
Pokój z łóżkami, moskitierami chroniącymi w nocy przed ugryzieniami komarów i dzięki temu przed malarią i łazienka z co prawda nieczynnym kranem, ale działającym prysznicem, to wszystko czego nam potrzeba.
Stone Town (Kamienne Miasto) to najstarsza część stolicy Zanzibaru. Niezwykłości nadają mu labirynty malowniczych, wąskich uliczek, pałacyki, domy z potężnymi, drewnianymi, rzeźbionymi drzwiami nabijanymi kolcami czy targ. Na bazarze i w sklepikach unoszą się aromaty przypraw uprawianych na wyspie. Wśród kolorowych i pachnących torebek szybko odnajduję herbaty z pikantnymi i owocowymi dodatkami. Jest też tea masala, czyli mieszanka przypraw do zaparzenia, wśród których są m.in. imbir, kardamon, pieprz, goździki i cynamon.
Na kolację tego wieczora wybieramy się do restauracji blisko oceanu. Oczywiście także kuchnia mocno pachnie tu przyprawami i jest mieszanką kulinarnych tradycji afrykańskich, arabskich, hinduskich i europejskich. Pierwszymi tradycyjnymi daniami, których próbujemy na Zanzibarze są aromatyczny ryż z warzywami i ryba w kokosie i przyprawach. Do picia koktajle ananasowy i kokosowy zapowiadające, jak słodki smak będzie miał pobyt na tej wyspie:).
A jeśli się Wam spodobało, to zajrzyjcie też koniecznie na stronę Marcina Grabarczyka – tam znacznie więcej jego podróżniczych fotografii :).









