Plażowe (trochę irytujące) lektury
Ostatnich kilka dni przesiedziałem na mojej ulubionej plaży w Lubiatowie – jak zwykle bezludnej i baaaardzo wietrznej.
Podczas gdy mój pies oddawał się na zmianę przekopywaniu nadmorskiego piachu i permanentnej kąpieli (wiadomo – labrador;) ja trochę poczytałem. A zabrałem ze sobą książkę obiecującą i zaostrzającą apetyt – „Ziarna bogactwa. Pięć roślin, dzięki którym powstały fortuny” Henry’ego Hobhouse’a, którego „Ziarna zmian” zrobiły na mnie przed kilku laty spore wrażenie.
No więc było tak: piękne okoliczności przyrody, święty spokój, morze szumi, wiatr dmucha że ho-ho, a ja zerkając na rozbujany horyzont z białymi żaglami w tle czytam sobie takie ciekawe opowieści okrętowe:
W okresie mniej więcej od połowy XIX wieku do roku 1870, kiedy nastała epoka parowców, triumfy święciły klipry – jedyny w swoim rodzaju angielsko-amerykański środek transportu morskiego. Były to najszybsze, najwydatniejsze, najpiękniejsze i najciężej pracujące drewniane żaglowce w historii. (…) Im dłuższa jest linia zanurzenia kadłuba klipra, tym większe prędkości może on rozwijać. Inne czynniki też są ważne, choć nigdy nie stwierdzono jednoznacznie przewagi kadłubów płaskodennych ani skośnodennych. Naturalnie statek o płaskim dnie i pionowych burtach jest dużo łatwiej załadować i rozładować, zwłaszcza gdy ma się do czynienia z wartościowym, względnie lekkim, ale cennym towarem, jak herbata, której ładowanie stanowiło prawdziwą sztukę. Tak więc płaskodenne klipry zwyciężyły.
Tuż przed zmierzchem krótkiego okresu chwały herbacianych kliprów, w tym samym roku, gdy cesarzowa Eugenia dokonała otwarcia Kanału Sueskiego, Brytyjczycy zbudowali słynny statek Cutty Sark (15 kilometrów lin, 3 tysiące metrów kwadratowych żagli!). Wielokrotnie udało mu się osiągnąć przebiegi dobowe powyżej 360 mil morskich, a nieraz i 400. Ale w najgorsze dni nawet tak szybki żaglowiec nie dorównywał parowcom. Czasem pokonywał ledwo 20, 40, 60 mil morskich na dobę, czasem w ogóle nie mógł płynąć. Właśnie ta nieprzewidywalność wiatru sprawiła, że ostatecznie zatriumfowały parowce. Średni czas podróży…
I tu przerywam Henry’emu Hobhouse’owi, żeby Was przestrzec. To, co za chwilę usłyszycie jest po pierwsze niewiarygodne, po drugie kwestionuje wielowiekową mądrość ludową i naukową dotyczącą herbaty, po trzecie stawia pod znakiem zapytania słynny angielski gust herbaciany, po czwarte wreszcie – zezłościło mnie psując przyjemność plażowej lektury. Posłuchajcie zresztą sami:
…skrócił się do 90 dni. Nikt już nie rozpowszechniał marketingowych bujd, że herbata dostarczana przez szybkie drewniane klipry jest świeższa i bardziej aromatyczna. (…) Wokół herbaty narosła cała mitologia. Panowało przekonanie, że ‘tegoroczna herbata’ jest smaczniejsza, lepiej się parzy i ogólnie pod każdym względem przewyższa liście uważane za zwietrzałe, które płynęły z Kantonu całe pół roku. Nie trzeba dodawać, że zanim pojawiły się żaglowce potrafiące pokonać ten dystans w sto, a nie dwieście dni, kupcy nie rozpowszechniali takich opinii, które zresztą były nieprawdziwe. Herbatę, odpowiednio szczelnie zapakowaną, można przechowywać nawet przez parę lat, jeśli zajdzie potrzeba. Podobne sztuczki marketingowe służyły… itd. itp.
Jak widać bzdury o herbacie wypisuje się niezależnie od długości i szerokości geograficznej, a człowiek narażony jest na ich czytanie nawet na spokojnej nadbałtyckiej plaży. No bo powiedzcie sami – o jakim szczelnym pakowaniu mogła być mowa w połowie XIX wieku, skoro nawet dziś jest to wśród producentów ewenement? Czy Hobhouse’owi chodzi o drewniane „zabijane na gwoździk’” skrzynie? A może worki sznurowane na supeł? Czy to możliwe, żeby ten angielski historyk nie słyszał o wyższości jakości i ceny dawnej herbaty karawanowej, transportowanej lądem, często zaszywanej w wysuszonych skórach zwierząt nad tą przewożoną statkami? Skąd u niego tyle nierozumnej odwagi, żeby dbałość o jakość/świeżość herbaty, za którą smakosze płacili i płacą wyższą cenę, wyśmiewać jako sztuczkę marketingową?
Nie zrozumcie mnie źle – bardzo lubię myśleć o kliprach, bo są dla mnie symbolem poświęcenia wielu ludzi dla herbaty; pogoni nie za wiatrem, ale smakiem i walorami zdrowotnymi. Cenię pomysłowość dawnych marynarzy, którzy nie tylko pruli fale, ale też po swojemu starali się chronić cenny ładunek ustawiając drewniane skrzynie powyżej poziomu wody na mniej wrażliwych na wilgoć towarach – np. porcelanie. Oni z pewnością rozumieli naturę herbaty lepiej niż Henry Hobhouse…
(A na temat kliprów i herbacianych regat możecie poczytać też w poście ‘O szybkiej herbacie’)










Bo Henry Hobhouse to, oprócz historyka człowiek i, być może, tryskając jakimś osobistym nastawieniem do sprawy, włożył trzy grosze, nie bacząc, że rozmiesza obiektywizm i się narazi współczesnemu czytelnikowi zaznajomionemu z tematem :)
No tak, generalnie Hobhouse jest dość prosty w obsłudze – i jak się ma na niego sposób, to warto czytać jego książki, bo są naprawdę ciekawe. Zasada jest taka – ignorować wszystkie jego opinie. I tyle :)
I… nie zabierać go na urlop? ;)
Może to jednak swoisty urok. Nic bezdusznego, ale z barwą emocji, takie odhobhousowe, przemycone na lata :)
nieuleczalna optymistka ;) aż mi teraz trochę żal, że tego sędziwego Hobhouse’a skrytykowałem… Panie Henryku, no niech się Pan nie obraża ;)
:)
W sumie, to ciekawe faktycznie ujęcie wytknąć roślinom determinant dziejowy, wysupłać jako możliwy, choć niedostrzegany czynnik historyczny. Bo co porusza kołem, kto jest sternikiem historii czy też pełni funkcję pomocową?
O dziś trzeba mi innym okiem spojrzeć na niewinną herbatę czy do bólu zwyczajnego ziemniaka :)
Herbata „z rączką”, no naprawdę…
no wlasnie! ciekawe co na to powiedzialby nasz cyniczny Hobhouse ;) pewnie ze niezly PR z tymi odrabanymi rekami :D
Klipry jako akt, symbol poświęcenia byłyby i w charakterze i w dobrym smaku, dając „szczurom lądowym” powiew morza i morskiej krwi, przygody z herbatą w ramionach dzielnych marynarzy, co pewnie rozmarzałoby panie i przydawałoby sił dżentelmenom… :) Skoro jednak miał „wisielcze poczucie humoru” rączka w zupełności nie dziwi :)
A właśnie, ciekawe, jak mu szła sprzedaż ;)
Oj, angielska ironia Hobhousa prawdopodobnie by przyklasnęła :D
Oj Małgorzato, Małgorzato – coś mi się wydaje, że w marketingu z takimi fascynacjami to byśmy nie popracowali…
No cóż, są fascynacje całkiem antymarketingowe, cieszące nas samych po prostu :) Takie DNA, nasza indywidualna odrośl, identyfikator osobisty, bogactwo i odróżnialność. I to też jest fascynujące, taka przygoda o człowieku.
Chociaż czasem/niektóre/kiedyś… mogłyby się przeliczyć na coś konkretnego ;)